Treningi pożyczone od Oresta. Wywiad z Dariuszem Grzesikiem

– Jeśli dwa lata temu pomyślałbym, że będę trenował dzieci, to uznałbym się za chorego, a kobiety – to tym bardziej. „Chłopie, puknij się w czoło”. Ale życie pisze różne scenariusze – mówi w swoim pierwszym wywiadzie od czasu objęcia drużyny seniorek trener Polonii GKS Tychy Dariusz Grzesik, były reprezentant Polski. W rozmowie poruszyliśmy tematy zarówno piłki kobiecej, jak i męskiej. Dlaczego niewielu znanych piłkarzy obejmuje damskie drużyny? Dlaczego w jego zespole muszą być i młodzi, i starzy? Za co najbardziej ceni Oresta Lenczyka? Jaki jest jego cel z Polonią? Zachęcamy do lektury!

Znalazłem wywiad z panem na stronie GKS Katowice i wyłapałem ciekawy cytat. Powiedział pan: „Wcześniej trenowałem seniorów, ale doszedłem do wniosku, że szkoda mojego zdrowia na taką pracę”. Co pana skłoniło, żeby ponownie objąć seniorską drużynę – co prawda młodą, ale jednak?

To są zawodniczki, które wciąż się uczą. Nawet, jeśli mają te 17-18 lat, to dalej się uczą i można wpoić im nowe rzeczy, które zaprocentują w przyszłości. Są też co prawda zawodniczki starsze i one mają już pewne nawyki, ale to dużo bardziej komfortowa sytuacja niż te, które często zastawałem w prowadzonych przez mnie klubach. Bywało tak, jak w LKS Czarków, gdzie miałem do dyspozycji skład „stary, ale niedoświadczony”, jak to ująłem: większość piłkarzy była w okolicach trzydziestki, ale nigdy wcześniej nie grali wyżej niż w A-Klasie. I zgoda, było też paru młodych fajnych chłopców, ale mając stary skład, z pewnymi nawykami, to traci sens. Bo jeśli prowadzę zespół trzy lub cztery lata, i tłumaczę „ma być tak i tak”, a zawodnik i tak zrobi po swojemu, no to na co ten wysiłek?

Zauważyłem podczas prowadzonych przez pana treningów duże zaangażowanie, często podnosi pan głos podczas tłumaczenia gry.

Ktoś kiedyś mi zarzucił, że za dużo mówię. No to odpowiedziałem: „A kiedy się mają nauczyć, jak nie teraz?” Na boisku, niezależnie od wieku czy poziomu, zawodnicy muszą komunikować się określonymi komendami. W Ruchu nawet grając w obronie z takimi zawodnikami jak Mirosław Jaworski czy Dariusz Fornalak – a mieli oni występy w reprezentacji Polski – mówiłem do nich proste komendy: „prawo”, „lewo”, „sam”, „z tyłu”, „plecy”, „druga strona”. Jako stoper układałem sobie ich grę i widząc naszą organizację Mariusz Śrutwa mówił: „No tak, pięć w prawo, pięć w lewo, dziesięć do przodu i „ósemka” w Sporcie”.  Ale przez to, że zawsze to mówiłem, niezależnie ilu było widzów, to łatwiej mi było grać, a i głos przy okazji się wyrobił. <śmiech> Dlatego tak dużą zwracam na to uwagę. Po pewnym czasie w mojej drużynie w GROMie Tychy, słychać już było, jak mówią cały czas do siebie te komendy i sami chłopcy mówili, że gra im się dużo łatwiej.

Niewielu trenerów mających tak bogatą przeszłość piłkarską decyduje się na objęcie zespołu kobiecego. Teraz jest to Marek Chojnacki, wcześniej Krzysztof Rześny, Jan Stępczak, a także związani niejako z Tychami Robert Wilk czy Albin Wira. Dlaczego jest ich tak mało? Czy obawiają się żeńskich drużyn?

A może inaczej – może to prezesi tych klubów obawiają się zapytać trenerów, zaproponować im pracę? Kij zawsze ma dwa końce. Trenerów jest mało, bo mają mało propozycji. Wydaje mi się, że to właśnie dlatego, a nie że się boją, że nie będą potrafili przekazać wiedzy.

Ale życie pisze różne scenariusze i możliwe, że wymienieni trenerzy też nie myśleli, że będą pracować z kobietami. Powiem tak, jeśli dwa lata temu pomyślałbym, że będę trenował dzieci, to uznałbym się za chorego, a kobiety – to tym bardziej. „Chłopie, puknij się w czoło”. Jednak pół roku zastanawiałem się jak zagospodarować swoje doświadczenie i doszedłem do wniosku, że spróbuję popracować z dziećmi. Zadzwoniłem do Krzysztofa Bergera (prezes GROM Tychy, przyp. red.), który był zaskoczony moim telefonem. Ale spotkaliśmy się, porozmawialiśmy i dziś uważam, że nie był to okres dla mnie stracony. Najpierw przejąłem grupę chłopców, później dziewczyn i osiągaliśmy sukcesy, bo takim z pewnością było 3. miejsce w finałach turnieju Tymbarka „Z podwórka na stadion”.

Także wracając jeszcze do kwestii mojego krzyczenia, jeśli to nie zniechęciło zarówno chłopców, jak i dziewczyn do treningów, to chyba nie jest tak źle?

Jaka jest różnica pomiędzy prowadzeniem zespołu męskiego, a damskiego?

Dziewczyny są na pewno o wiele bardziej zawzięte. Jeśli im coś nie wychodzi, to będą tak długo próbowały, aż w końcu się uda, z kolei chłopak odpuści i pomyśli „może wyjdzie mi na następnym treningu”.  Być może bierze się to też z tego, że piłka nożna przez wiele lat była uważana za sport dla facetów i to podrażnia ich ambicje, ale futbol damski rozwija się w błyskawicznym tempie. Pomimo różnic w budowie ciała, dzisiejsze topowe mecze kobiet ogląda się bardzo dobrze.

Jeszcze dziesięć lat temu były niemal nie do oglądania dla widza przyzwyczajonego do męskiego futbolu.

Ja nawet uważam, że gdy reprezentacja Polska przed Nawałką miała ten słabszy okres, to mogłaby mieć ciężko np. z Amerykankami, Japonkami czy Niemkami. Te drużyny grają bardzo wyrachowany futbol. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Japonia właśnie, kiedy w 2011 roku zdobyły Mistrzostwo Świata. Grały po prostu super, taktycznie były na najwyższym poziomie i wyłączając różnice fizyczne, to była piłka nożna najlepszych drużyn męskich.

Wszystko idzie do przodu. Kiedyś kobiety np. w ogóle nie grały w hokeja, a dziś to sport olimpijski. Nie ma już typowo męskiego sportu. Ale to też dobrze, jeśli nasze babcie czy prababcie walczyły o równe traktowanie kobiet, to nie ma zmiłuj, sportu również to dotyczy.

Był pan szkoleniowcem GKS Tychy w latach 2004-06 i zawodnicy z tamtej drużyny wspominają, że panowała świetna atmosfera. Na co jeszcze zwraca pan uwagę budując zespół?

W drużynie muszą być i młodzi, i starzy, ale nie może być to widoczne na boisku. Jeśli dodatkowo nie widać tego poza boiskiem, to działa to budująco na zespół. Bo zespół buduje się właśnie wynikami na boisku i atmosferą w szatni. Wtedy trafiła mi się grupa świetnych ludzi, którzy lubili ze sobą przebywać. Zawsze po meczu wszyscy szliśmy do już nieistniejącej Szatni Krzyśka Króla, z dziewczynami, żonami na piwko, na gorąco rozmawialiśmy o meczu, potem przechodząc do różnych innych spraw. Nikt nie uciekał szybko, tylko wszyscy zostawali. Poza tym, bardzo mi zależy żeby w zespole przeze mnie prowadzonym grali zawodnicy z najbliższego regionu. Bo oprócz tego, że gra w lokalnym klubie jest dodatkową nobilitacją, korzysta na tym klub. W moim GKSie grali chłopaki z Bierunia, Lędzin czy Bojszów i dzięki temu na nasze mecze przyjeżdżali kibice z tych miejscowości.

To, jaka jest atmosfera, zawsze widać na boisku. Nam akurat, mimo dobrego zespołu i świetnego klimatu, zabrakło szczęścia. W obu sezonach zajmowaliśmy 2 miejsce, najpierw za Rakowem Częstochowa, a później za GKS Katowice, klubami absolutnie przerastającymi nas budżetowo i sportowo.

Podczas swojej kariery spotkał pan wielu wybitnych trenerów, m.in. Oresta Lenczyka, Władysława Żmudę, Andrzeja Strejlaua. Pana ojciec, ś.p. Karol Grzesik też był znakomitym szkoleniowcem. Czy ma pan jakiś trenerski autorytet?

Każdy z nich ma coś, za co wybitnie ich cenię. Dla przykładu, mój ojciec był bardzo obiektywny. Potrafił mnie przy całej drużynie bezlitośnie zjechać, jeśli robiłem coś źle, ale człowiek wyciągał z tego wnioski. Inny trener miał świetne treningi, następny super przygotowywał taktycznie – każdy miał coś, co mi imponowało i dziś staram się to powtarzać, kiedy jestem trenerem. U Piotra Piekarczyka było bardzo dużo gierek, co nam wszystkim się bardzo podobało. Jednak najbardziej  podobały mi się treningi u Oresta. U niego nigdy nie biegaliśmy bez celu, zawsze dużo ćwiczeń „pożyczałem” od niego. Bardzo podobało mi się jego podejście do treningów siłowych. Nigdy niczego nie narzucał, nie stał nad nami jak kat, tylko mówił: „Panowie, jesteśmy na siłowni 50 minut, robimy 2 obejścia, potem rozciąganie. Obciążenia dobierzcie sobie sami”. I nas zostawiał. A jeśli ktoś się obijał? To podchodzili koledzy i mówili „Gościu, won, bo przez ciebie uciekają mi pieniądze”. Każdy był świadomy, że czego nie dotrenuje, to też nie dogra. A co do skuteczności tych metod, to mogę powiedzieć tyle – na półmetku sezonu 1990/91 byliśmy liderem z najmniejszą liczbą straconych bramek. Niestety na wiosnę coś się rozsypało i mistrzostwa nie zdobyliśmy. A szansa była ogromna…

Swoją drogą, śmieszy mnie to, jak dziś piłkarze mówią, że gra co 3 dni jest wykańczająca. Ja uwielbiałem taki rytm gier, bo trener nie mógł mnie „zajechać”. Grając środa-sobota nie było czasu na jakieś ciężkie treningi, a do wysiłku meczowego każdy był przyzwyczajony. A chyba nie ma piłkarza, który bardziej woli wylewać poty na siłowni, niż podczas meczu. Prowadzone przeze mnie zespoły przed sezonem zawsze grały dużo sparingów, czasem 16 czy 17. Razem z ligą wychodziło 30 meczów w pół roku. I nikt nie narzekał!

Swego czasu GKS Tychy, kiedy prowadził go jeszcze Kamil Kiereś, rozegrał w okresie przygotowawczym kilkanaście sparingów, czasem dwa jednego dnia.

Zupełnie mnie nie dziwi taki sposób przygotowania drużyny. Podczas meczu są interwały, sprinty, wydolnościówka, jedynie siłę trudno zwiększyć. Siłownia plus mecze to najlepsze przygotowanie drużyny do sezonu. Wiadomo, że w Polonii z tą siłownią to będziemy rozważnie działać, bo mamy jeszcze sporo zawodniczek, które dopiero rosną, ale i tak co tydzień mamy zajęcia na siłowni.

No właśnie, póki co nie zauważyłem jakiegoś przesadnego nacisku na przygotowanie fizyczne w pana treningach.

Cały czas obserwuję dziewczyny, uczę się ich tak, jak one uczą się mnie. Pierwsze wnioski naturalnie już mam, chcemy wprowadzić z Dawidem (Kołodziejczykiem, prezesem klubu) jeszcze kilka zmian. Między innymi taką, że dwa treningi w tygodniu drużyny U13, U16 i seniorki będą miały razem. To kluczowe przy wprowadzaniu młodszych zawodniczek do starszej drużyny, żeby nie było gwałtownego przeskoku.  Inna sprawa, zawsze chciałem, żeby moje drużyny grały trójką zawodników w obronie. Nie zawsze mogłem sobie na to pozwolić, bo od tego trzeba mieć ludzi, ale na przykład kiedy trenowałem GKS Tychy, to od razu ustawiłem tak zespół. Byłem pewny, że tacy piłkarze jak Łukasz Kopczyk, Mariusz Masternak czy Marek Piszczek dadzą radę tak grać.

Póki co, w defensywie ustawiam czwórkę, bo trzeba dobierać taktykę do zawodniczek, ale będziemy chcieli też trochę pograć trójką. Chociażby z tego powodu, że warto mieć kilka planów na spotkanie, a i piłkarki będą przez to bardziej uniwersalne. Jednak tak jak mówię – taktykę dobierać do zawodników, a nie wprowadzać nowe ustawienie od tak, bo taki jest trend. Szatałow też pościągał nowych ludzi i dopiero potem zagrał trójką z tyłu. Przyszedł Biernat z Chojnic, Abramowicz na bok…

Bogusławski.

Bogusławski z Sosnowca, ma Tanżynę i teraz może zagrać z tyłu czwórką, może trójką. Dużo też zależy od defensywnych pomocników.  Francja, kiedy grała z Makelele i Desaillym w środku, to tak na dobrą sprawę mogła zagrać nawet z jednym obrońcą, bo zawodnicy takiej klasy i odbiorą piłkę, i rozegrają, przez co odciążą zawodników ofensywnych. Ale powtarzam jeszcze raz: taktykę trzeba dobierać do materiału, który masz.

Czy ma pan swój ulubiony typ zawodnika?

Typ? Taki, który chce się rozwijać. Ale są piłkarze którzy od razu zapadają w pamięć i takim zawodnikiem był Zidane. Rzucił mi się w oczy tym, że ani razu nie przyjął piłki w taki sam sposób. Był wtedy młodym chłopakiem i mimo, że jego Bordeaux wtedy przegrało (GKS Katowice wygrał w dwumeczu II rundy Pucharu UEFA 1994/95 z Girondins Bordeaux), to bardzo mi się spodobał ten piłkarz. „O, może coś z niego być” – pomyślałem.

fot. Włodzimierz Sierakowski, Dariusz Grzesik trzeci z lewej. W środku Wojciech Szala, obecny Dyrektor Sportowy GKS Tychy, rok 1994.
  • https://www.facebook.com/PoloniaGKSTychy/
  • polooniatychy@gmail.com
fot. Włodzimierz Sierakowski/gkskatowice.eu, Dariusz Grzesik trzeci z lewej. W środku Wojciech Szala, obecny Dyrektor Sportowy GKS Tychy, rok 1994.

Faktycznie „coś” z niego było.

Śledziłem później mecze z udziałem jego drużyn i naprawdę, patrzenie na jego grę sprawiało mi przyjemność. Zawodnik kompletny. Tak samo, tylko na innej pozycji, Marco van Basten. Jednym dotknięciem potrafił zmienić oblicze meczu. Robił coś z niczego, po prostu zabierał się z piłką i zdobywał bramkę. Zresztą, grał w Milanie Arrigo Sacchiego, który miał samych geniuszów piłki. Znakomity zespół.

Co chce pan osiągnąć z Polonią?

Chciałbym, żeby zespół za 2-3 lata zaczął robić awanse. Żeby te dziewczyny, które dziś mają 13 lat, przez ten czas zgrały się ze starszymi i stworzyły silny zespół. Co z tego wyjdzie – zobaczymy, bo wiadomo, że jeśli tylko jakaś zawodniczka błyśnie, to klub z wyższej ligi będzie chciał ją mieć u siebie. Dlatego bardzo ważne są drużyny U16 i U13, w których są zawodniczki, które zastąpią te, które odejdą, bo to, że jakieś odejdą, to naturalne. Każdy chce grać jak najwyżej. Boisko potem weryfikuje, czy decyzja była dobra, ale wracając – chcę, by ten zespół za 2-3 lata robił już awanse. I to kontynuując politykę, którą prowadzi Dawid, czyli opierając klub na zawodniczkach z Tychów i okolic.